ďťż
cranberies
No, nareszcie chwila by się wyrwać gdzieś. Wczoraj spakowałam manatki i wyruszyłam z Shettym w góry, tak inne od naszej okolicy w nadziei, że pozbieram się do kupy, a i mały będzie miał odmianę od pracy na maneżu czy terenach nad morze. Już dawno planowałam wpaść do starej przyjaciółki – Alicji. I w końcu się udało. Na 2 tygodnie zamieszkamy u niej w przydomowej stajence na 4 konie i spędzimy czas nieco inaczej niż zwykle Shetty bardzo dzielnie zniósł długą podróż, od razu zadomowił się w stajni, zapoznał z kolegą, który będzie mu towarzyszył na padoku i dostał dzień zupełnego odpoczynku po podróży, jedynie krótki spacer w ręku po okolicy, by rozchodzić zastane mięśnie i stawy. Dziś rano wstałam i poszłam dać mu śniadanie – nie wyglądał na zmęczonego czy obolałego, przywitał mnie radosnym rżeniem i niecierpliwym grzebaniem kopytkiem. Wróciłam do niego później, około 13, razem z Alicją. Miałyśmy plan wybrać się w lekki, krótki teren po okolicy. Poszłam po ogra na padok, na którym właśnie radośnie galopował pobrykując ze swoim nowym kolegą. Mimo iż Shet lekko odstawał od kolegi wzrostem to spokojnie dawał mu radę i jedynie brak doświadczenia na tak nierównym terenie dawał mu się lekko we znaki. Na moje szczęście do bramki podszedł od razu, gdy go zawołałam. Poklepałam jego, jego kolegę i zabrałam obu do stajni. Tam rozebrałam kucyka z derki, wyczyściłam w boksie, ubrałam w ochraniacze, czaprak, siodło i ogłowie. Dzień był słoneczny i ciepły, po zimie nie było ani śladu. Alicja czekała na mnie już na koniu, więc szybko podciągnęłam popręg, odwinęłam strzemiona i wsiadłam, wychodząc uprzednio przed boks.
Ruszyłyśmy spokojnym stępem obok siebie – ona na swojej hucułce, ja na ciapku. Mimo iż Shet był ogierem, to raczej nie miałam z nim dużych problemów jeśli chodzi o jazdę obok klaczy, zwłaszcza ostatnio – jeśli się nie grzała to nic go to nie obchodziło. Stępem wyjechałyśmy na alfaltową drogę i skierowałyśmy się w lewo, w stronę drogi prowadzącej na górę, u podnóża której leżał dom i stajenka. Shet z zainteresowaniem rozglądał się po okolicy, a ja napawałam się poczuciem wolności beztrosko rozmawiając z Alicją. Na rozwidleniu dróg skręciłyśmy w lewo i ruszyłyśmy pod górę. Zbocze było dość strome, bardziej niż te u nas, jednak Shetty dzielnie dawał radę biorąc przykład z doświadczonej koleżanki i wędrując z nosem przy ziemi, szukając sobie najodpowiedniejszej trasy. Ja trzymałam wodze za sprzączkę i stałam w lekkim półsiadzie, starając się nie zwalać całym swoim ciężarem na którąś ze stron. Sama wspinaczka trwała 7-10 minut, potem skręciłyśmy w lewo, w polną drogę i po chwili pięcia się pod górę natrafiłyśmy na w miarę równą trasę. Ruszyłyśmy kłusem, dalej jadąc obok siebie – spokojnie starczało nam na to miejsca. Konie szły równo, na popuszczonych wodzach. Jako, że same się rozbiegały na padokach niedługo po tym zagalopowałyśmy, wjeżdżając w las. Tym razem wycofałam się na tyły i aktywnie galopowałam w półsiadzie, od czasu do czasu czując, jak Shetty lekko sobie bryka i pozwalając mu na to. Po takim galopie przeszłyśmy do stępa i skierowałyśmy się na niezbyt długą łąkę po drodze. Z początku pięła się leciutko pod górę, potem jednak ładnie równała i idealnie nadawała się na krótki wyścig. Ustawiłyśmy się na pozycjach i na sygnał spięłyśmy konie do biegu. Shetty ruszył błyskawicznie, ja od razu przeszłam do półsiadu i zachęcałam go do dania z siebie wszystkiego. Czułam jak zasuwa, trzymając pozycję tuż za klaczą Alicji. Po płaskim terenie poczuł się pewniej i zaczął doganiać hucułkę, jednak różnica gabarytów i brak pewności w tym terenie przesądził o naszej przegranej. Wyhamowałyśmy na końcu, pod lasem i kłusem pojechałyśmy w dalszą drogę. Poklepałam kucyka po obu stronach szyi – jak na pierwszy taki wyścig i teren od dawna był bardzo dzielny. Wjechałyśmy w las i wkrótce po tym przeszłyśmy do stępa. Teraz czekało nas długie zejście w dół. Tu Shetty miał większe problemy – parokrotnie zatrzymywał się, nie bardzo wiedząc jak iść. W końcu zsiadłam z niego i sprowadziłam kawałek – bez 50 kg na grzbiecie na pewno było mu łatwiej. Wsiadłam na ostatnie strome zejście i spokojnie, powolutku, kroczek po kroczku podróżowaliśmy w dół. Gdy znaleźliśmy się na płaskim odetchnęłam z ulgą i wyjęłam nogi ze strzemion. Zrównałam się z Alicją i zaczęłyśmy rozmawiać o planach na najbliższe dni. Po paru minutach znalazłyśmy się pod stajnią, gdzie zsiadłyśmy z naszych rumaków. Rozsiodłałam Shettiego przed stajnią, urządzoną w stylu angielskim, ubrałam w polarową derkę i odstawiłam do boksu. Wróciłam po 30 minutach, przebrałam go w coś cieplejszego i wypuściłam na padok, gdzie został do zmierzchu. |