ďťż

Norwegia 2013

cranberies
06 - 28 lipca 2013
Kierownik Imprezy
Hanna Bednarska - Rybarczyk
Uczestnicy
Marlena From
Beata Gillner
Włodzimierz Rybarczyk
Wojciech Wąszewski
Lidka"szwedzka" z mężem Bennym
Lidka "angielska" z mężem Peterem













Zdjęcia w galerii Norwegia


NORWEGIA 2013
06.07-28.07.2013

Decyzja, żeby pojechać do Norwegii rodziła się bardzo długo – ok. 3 lat. W końcu jednak doszło do jej realizacji. Założeniem wyjazdu było przejechanie Norwegii z północy na południe i odwiedzenie miejsc najbardziej znanych, atrakcyjnych turystycznie i charakterystycznych.
Skład osobowy ustaliliśmy na 6 osób, w końcu pojechało nas pięcioro. Wypełniliśmy szczelnie naszymi osobami busa Wojtka w części pasażerskiej. Całą przestrzeń bagażnika wypełniały natomiast nasze klamoty: plecaki, walizki, namioty, materace, pudła z jedzeniem i cała masa innych niezbędnych przedmiotów.

Pierwszy etap naszej podróży miał swój finał w Sundsbruk, u Lidki, mojej koleżanki w klasy licealnej. Spotykałyśmy się od czasu do czasu w Polsce, ale wypad do Szwecji, do Sundsbruk był jakiś daleki i wręcz nierealny. I oto pojawiła się okazja do spotkania. Lidka wyraziła chęć dołączenia wraz ze swoim mężem Bennym do naszej wyprawy. Pomysł doskonały. Ustaliłyśmy, że zabierzemy ich z Sundsbruk i razem będziemy kontynuować dalszą jazdę. Do Lidki „szwedzkiej” dołączyła jej przyjaciółka, Lidka „angielska”, ze swoim mężem Peterem. Cała czwórka jeździła swoim autem, my swoim. Od czasu do czasu spotykaliśmy się na campingach oraz w miejscach wartych odwiedzenia przewidzianych wspólnym programem.

Następne spotkanie całej dziewiątki w Rovaniemi w Finlandii. Rovaniemi bezsprzecznie kojarzy się ze Świętym Mikołajem. Jego legenda powstała w latach 20-tych XX wieku. Najpierw Mikołaj rezydował na granicy rosyjsko-fińskiej ale to miejsce nie bardzo nadawało się do składania odwiedzin. Mikołaja przeniesiono więc do Rovaniemi i tak już zostało.
Pogoda niestety zmieniła się na deszczową. Jak się okazało będzie tak „trzymać” kilka dni. Przekroczenie Koła Podbiegunowego w wiosce Św. Mikołaja nastąpiło w pełnym deszczu, zostało jednakowoż sumiennie obfotografowane. Najpierw Lidki z mężami, potem nasza grupa, a potem wspólne zdjęcie. Od teraz możemy spodziewać się białych nocy.

Wioska Św. Mikołaja to nic innego jak zbiorowisko sklepów z najróżniejszymi pamiątkami związanymi z Mikołajem i świętami Bożego Narodzenia. Tyle tego, że aż nie wiadomo co kupić. Najrozsądniejszym pomysłem, i chyba w sumie najlepszą pamiątką, okazało się zdjęcie ze Świętym. Pendrive ze zdjęciami kosztował wprawdzie dość dużo, ale cóż, w końcu odwiedziliśmy sławnego Świętego i będzie to chyba pierwszy i ostatni raz. Potem jeszcze wizyta w Santa Claus Park. Jest to coś w rodzaju Disneylandu. Sympatyczne miejsce z kolejną porcją mikołajowych gadżetów. Najciekawszy okazał się IceBar – bar z lodu, gdzie wszystko jest faktycznie z lodu: kanapy, krzesła, bar, kieliszki itp. itd. Wchodząc do środka otrzymuje się od Śnieżynki grube płaszcze i można sobie pohasać po lodowych meblach pokrytych skórami: usiąść, położyć się, pojeździć na lodowym reniferze. Długo się nie da bez porządnych ciepłych rękawic, ale ta atrakcja robi wrażenie.

Obieramy kierunek Norwegia – cel naszych wakacji. Krajobraz powoli zmienia się na bardziej surowy, pokazały się łąki porośnięte śmiesznymi trawami, zakończonymi białymi pędzelkami (wyglądało to trochę jak kwiaty bawełny), nikną drzewa, pojawia się tundra porośnięta karłowatymi brzozami. Im dalej na północ tym mniej nawet brzóz. Ale gdzie są renifery? Czytałam różne relacje na temat spotkania z reniferami na drodze, a tu nic. Żadnego renifera, nawet małego. W końcu są. I to całe stado. Jeden z nich ustawił się na środku drogi i ani drgnie. Z ciekawością przygląda się stojącemu przed nim samochodowi. Trzeba się zatrzymać i cierpliwie poczekać, aż zwierzę zdecyduje się ustąpić. Reszta stada przechodzi majestatycznie przez jezdnię, potem równie majestatycznie poskubuje sobie jakąś trawę na poboczu, a potem decyduje się przebrnąć przez płynący wzdłuż drogi strumień i oddalić się gdzieś w tundrę. Ten ze środka jezdni decyduje się na to samo.
Pierwsze spotkanie z reniferami mamy za sobą, tak jak i spotkanie z pierwszą za kręgiem polarnym stacją benzynową. Atmosferą przypomina trochę serial „Przystanek Alaska”. Budynek jest nie tylko stacją benzynową, ale także sklepem wielobranżowym, kawiarnią i barem, centrum kulturalnym i miejscem spotkań okolicznych mieszkańców, którzy odwiedzając to miejsce spotykają się jednocześnie na pogaduszki.

Gdzieniegdzie można spotkać sklepiki, pełne miejscowego rękodzieła. Laponia jest krainą Samów. Mieszkają tutaj od wieków i ponoć obok „nowoczesnej” pracy oddają się swoim tradycyjnym zajęciom: rękodziełu, hodowli reniferów czy rybołówstwu. Korzystając z niewątpliwej okazji zakupiłam sobie śmieszną białą, lapońską czapeczkę w kolorze białym z kolorowym otokiem, Beata takąż w kolorze szafirowym. Okazała się twarzowa, ciepła i jak okazało się w niedalekiej przyszłości niezwykle przydatna. Samowie prezentują swoje rękodzieło w przydrożnych lapońskich namiotach albo małych sklepikach. Można tu kupić wyroby z wełny, drewna, skóry reniferów. Swetry, rękawiczki, czapki, wszystkie one zdobione są geometrycznymi wzorami w kształcie płatków śniegu, reniferów, itp. Charakterystyczne wzornictwo wskazuje jednoznacznie na pochodzenie pamiątek. Jeszcze tylko pizza z mięsem renifera (niezwykle smaczna i syta) i już opuszczamy Finlandię.

Podczas naszej podróży będziemy sypiać pod dachem w zarezerwowanych domkach campingowych. Mamy wprawdzie ze sobą namioty w razie gdyby…. Ale wolelibyśmy uniknąć ich rozkładania. Pogoda czasami nie była łaskawa. Było zimno, padało i wiało. Północne deszcze nie przypominają polskich. Tutejszy deszcz to coś w rodzaju gęstej mgły, otulającej całych nas i dokładnie wsiąkający w nasze ubranie. Nie można się przed nim uchronić nawet pod parasolką.

Nordkapp to najdalej na północ wysunięty przylądek Europy. Nazwę przylądkowi nadał w XVI wieku angielski odkrywca Richard Chancellor, który przepłynął obok niego w poszukiwaniu północnej drogi do Azji. Tak naprawdę zupełnie inny przylądek – Nordkinn powinien nosić to dumne miano, ale tak się przyjęło, że ten najdalszy na północ to Nordkapp i tak już zostało.
Żeby dostać się na Nordkapp, pionowe 307 metrowe urwisko, trzeba przejechać podmorski tunel (pierwszy podczas naszej podróży – potem tuneli będzie jeszcze wiele). Po jego przejechaniu ukazała się naszym oczom kraina przypominająca „koniec świata”. Pusta, wietrzna, trudno tu spotkać drzewa czy krzewy. Dominują trawy, porosty, mchy – podstawowe pożywienie reniferów. Te, niczym nieskrępowane, hasają sobie wszędzie, gdzie dusza zapragnie, nawet wtedy, kiedy są członkami hodowlanego stada. Bardzo ciekawie brzmi dźwięk kopyt renifera po asfalcie. Słyszy się wtedy takie zabawne „klap, klap”. Otóż renifery mają dość szerokie kopyta, które ułatwiają im poruszanie się po podmokłych terenach i które na twardym podłożu wydają takie właśnie dźwięki. Ich hodowla jest jednym z podstawowych zajęć Samów. Samowie uznawali Nordkapp za miejsce święte, obdarzone wielką mocą. Składali tutaj ofiary na długo przed tym zanim to miejsce odkryli Europejczycy.

Droga prowadząca wzdłuż wysokiego, smaganego wiatrem, skalistego klifu prowadzi do samego przylądka. Gdzieniegdzie umiejscowiły się na skałach i przybrzeżnych wyspach samotne domki, które w tej scenerii wyglądają jak z bajki. Na szczęście przestał padać deszcz i w końcu można było coś zobaczyć, chociażby rowerzystów, którzy mozolnie pedałowali w kierunku obranego celu. Rowerzystów jest w Norwegii cała masa. Jeżdżą po drogach, nie ma tutaj specjalnie wydzielonych ścieżek, chyba że w dużych miastach. Mają ze sobą mnóstwo bambetli i pewnie prowadzą koczowniczy tryb życia podczas swoich rowerowych podróży. Czasami byliśmy pełni podziwu dla ich kondycji i hartu ducha, bo wspinali się na tych rowerach na dość znaczne wysokości. Ledwośmy wjeżdżali na nie samochodem, a oni, o zgrozo…, na rowerach!

Podobno północ wyludnia się dość szybko. Pozostają zupełnie puste domy, ba można ponoć spotkać nawet całe wyludnione miejscowości. Pozostają tylko rdzenni mieszkańcy tych ziem – Samowie oraz ci, którzy darzą te ziemie szczególnym przywiązaniem i oddaniem.

Alta to następny etap naszej podróży. Wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO ekspozycja na świeżym powietrzu, okryta w 1973 roku, znana jest z 6.000 tys. rytów naskalnych, które powstały ok. 6.000 lat temu. Najmłodsze szacowane są na ok. 2.500 lat. Ówcześni ludzie ryli prymitywne rysunki na skałach, obrazując w ten sposób swoje warunki życia, zagrody w których mieszkali, zwierzęta na które polowali, zajęcia, którymi się parali, czy przedmioty, którymi się posługiwali. Obecnie większość rytów pociągnięta jest czerwoną farbą, żeby były lepiej widoczne. Kiedy zdamy sobie sprawę jak stare są te rysunki wydaje się wręcz nieprawdopodobne, że życie tutaj toczyło się już tak dawno i że ludzie mieli potrzebę udokumentowania w ten sposób swojego istnienia.

Z Alty przemieszczamy się do Narviku. Tutaj pogoda znowu się psuje i to tak skutecznie, że pada kilka następnych dni. Narvik dla nas to przede wszystkim udział Polaków w kampanii norweskiej podczas II wojny światowej, upamiętniony w Muzeum Bitwy o Narwik oraz na dwóch cmentarzach, na których znajdują się mogiły żołnierzy poległych podczas tej kampanii, w tym kilka polskich. W walkach u wybrzeży Norwegii obok Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich brały udział polskie niszczyciele: „Burza”, „Błyskawica” i „Grom”. Ten ostatni zatonął grzebiąc na zawsze polskich marynarzy, wśród nich syna brata dziadka naszego znajomego Andrzeja Głażewskiego – Jurka. Miał wtedy 22 lata. Ich pamięć upamiętnia tablica z wyrytymi nazwiskami poległych, która znajduje się w Muzeum Bitwy o Narwik oraz pomnik marynarzy niszczyciela „Grom”, którego przełamany na pół wrak spoczywa od 1940 roku na dnie fiordu Rombaken.
Obecnie Narwik jest ważnym niezamarzającym portem przeładunkowym, przez który wywozi się rudy żelaza z północnej Szwecji.

Czas na Lofoty. W gęsto siąpiącym deszczu widać tych Lofotów niewiele. Nie znaczy to jednak, że zrezygnujemy z naszych eksploratorskich planów. Archipelag Lofotów tworzy 7 wysp. Na dwie można dostać się jedynie samolotem lub statkiem: wyspę Vaeroy i Rost. Obie zamieszkują kolonie ptaków w tym maskonury przypominające pingwina z dziobem papugi. Niestety nie udało nam się tam dotrzeć.
W miejscowości Bord zwiedzamy Muzeum Wikingów, które mieści się w tzw. „długim domu” długości 83 metrów, zrekonstruowanej dawnej siedzibie wikingów, wzniesionej około 500 roku n.e. Badania archeologiczne ustaliły, iż był to dom wodza wikingów. Budynek zawiera kilka „części”, a każda z nich służy innym celom. Jest więc sypialnia, jadalnia, część tronowa, a także część gospodarcza w której wykonywano różne przedmioty, gotowano, suszono sieci. Borg w zamierzchłych czasach był jednym z antycznych miejsc obrzędów kultowych bogów Odina i Freyra. Odin odpowiedzialny był za świat żywych i umarłych, Freyr natomiast miał powodować, że powróci słońce i pobudzi do życia nowy rok, przynosząc ludziom obfite plony i pokój. Najważniejszym bogiem był Thor, który bronił ludzi przed potworami i „wyznawcami białego krzyża”, czyli chrześcijanami.

Wikingowie zamieszkiwali tereny Skandynawii od VIII do XI wieku. Ich pojawienie łączyło się zwykle z rozlewem krwi. Byli ludźmi wojowniczymi, piratami morskimi i rabusiami. Ponieważ przestrzeń życiowa wikingów była ograniczona, warunki życia trudne, a o żywność też nie było łatwo, rozpoczęli „akcję podbojów” kogo się dało. Zaczęli od plemion żyjących na południu Skandynawii, potem przenieśli się do Europy. Dotarli nawet do Bagdadu. Ślady wikingów, którzy byli nie tylko świetnymi wojownikami, ale także świetnymi żeglarzami odkryto także na Grenlandii i w Ameryce Północnej. To oni właśnie byli pierwszymi, którzy odkryli Amerykę, tylko chyba wtedy o tym nie wiedzieli. Że przepłynięcie dużych odległości na prymitywnym statku jest możliwe, udowodnił norweski żeglarz Thor Hereydal pokonując w czasach nowożytnych na tratwie „Kon-Tiki” odległość pomiędzy Polinezją i Peru.

„A” to najkrótsza w Norwegii nazwa miejscowości, jednocześnie ostatnia litera w norweskim alfabecie, ale także miejsce naszego dwu i pół-dniowego pobytu na Lofotach. Od XIX wieku do czasów obecnych przetrwała w niezmienionym stanie. Stare zabudowania wioski skupione są na małym skrawku lądu między wzgórzami i morzem. Znaczną jej część przekształcono w Muzeum Norweskich Wiosek Rybackich i Muzeum Sztokfisza. A to jednocześnie ostatnia miejscowość na Lofotach, do której można dojechać samochodem. Zapędziliśmy się w A na parking, na którym można było już tylko zakręcić. Tu kończyła się droga.
Będziemy mieszkać w rourber – domkach rybackich, zbudowanych na palach, w których kiedyś zamieszkiwali rybacy. Teraz domki zostały przystosowane do potrzeb turystów. Nasz o nazwie Sven był cudny. Miał olbrzymi salon połączony z kuchnią, łazienkę, 3 sypialnie i od razu wzbudził nasz zachwyt. Podobał się także naszym „zagranicznym” towarzyszom podróży, których zaprosiliśmy na pożegnalny wieczór, bowiem na Lofotach nasze drogi się rozdzieliły. Lidki z mężami wróciły do Szwecji, my natomiast udaliśmy się w dalszą drogę.
Ciekawe przesuwane drzwi do domku nie były dość szczelne, ale bardzo oryginalne. Na początku nie mieliśmy pojęcia jak się te drzwi otwiera i o mało nie zostały wyłamane. Potem trzeba je było przystawiać krzesłem, żeby za bardzo nie wiało i nie padało do środka.

Nie było nam dane rozkoszować się Lofotami, które uznawane są za jedne z najpiękniejszych wysp na świecie. Lało. Żeby spędzić jakoś te deszczowe dni najpierw udaliśmy się samochodem w podróż do Fredvang. Wycieczka wzdłuż fiordu w ulewnym deszczu zniechęciła nas tego dnia do dalszych wędrówek. Wypad do miejscowości Nussfjord, pełnej ślicznych czerwonych i żółtych rourber obsiadłych przez stada mew okazał się być bardzo udany. W tutejszym Muzeum Wioski Rybackiej można było dowiedzieć się o rybach i sposobach ich połowu, a także jak wyglądało codzienne życie mieszkańców.

Następny dzień też nie był zachęcający do wędrówek. Ale cóż, wytrawny turysta deszczu się nie boi. Przemaszerowaliśmy do Strokkvika, końca fiordu na zachodnim brzegu wyspy, pokonując po drodze ściany wspinaczkowe (może nie za wysokie, ale w ulewnym deszczu nawet takie stanowiły pewną trudność), śliskie kamienie i morze mokrych traw. Na końcu fiordu stał sobie samotnie namiocik, w którym pewnie ktoś zamieszkiwał. I w ten oto sposób, w tej scenerii i w tych warunkach pogodowych utwierdziliśmy się w przekonaniu, że POD NAMIOTEM to MY NIE CHCEMY! W swoim postanowieniu pozostaliśmy konsekwentni aż do końca naszej podróży.

Lofoty to królestwo suszonego dorsza tzw. stokfisza. Ryby suszy się na słońcu i wietrze na specjalnych drewnianych stojakach, aż wyschną „na kość”. W dawnych czasach stanowiły podstawowe pożywienie tutejszych mieszkańców, szczególnie sprawdzały się podczas dalekomorskich wypraw wikingów. Suszoną rybę się oczywiście jada (nie próbowaliśmy, bo jest twarda jak kamień), ale co się robi z suszonymi głowami dorszy tego nie wiem. Wyglądają trochę strasznie, jak głowy potworów, czemuś jednakowoż służą….?

Lofoty pożegnały nas ulewnym deszczem. Nie lepiej było na olbrzymim płaskowyżu pomiędzy Bodo, a Mo-i-Rana. Do tego jeszcze mocno wiało, wrażenie pustki i osamotnienia było dojmujące. Żegnamy się także pomału z polarnymi nocami. Za Kołem Podbiegunowym noc myli się z dniem. Około północy jest tak jasno jak u nas w południe. Na początku trudno jest usnąć, organizm wariuje i nie wie, kiedy należy przygotować się do snu. Pomagają klapki na oczy, zaciemnione okna, albo ziołowe proszki nasenne. Aż trudno sobie wyobrazić, że w końcu przychodzi polarna noc i przez sześć miesięcy dnia jest zwykle kilka godzin, a reszta doby to noc, noc, noc i ciemności.

W okolicach Mo-i-Rana oczywiście leje. Pierwsza próby dotarcia do lodowca Svartisen, drugiego co do wielkości lodowca w Norwegii nie udała z prozaicznego powodu – woda zalała ścieżkę prowadzącą na lodowiec, a łódka którą można dostać się w jego pobliże przez jezioro już nie kursowała. Trzeba było odłożyć tę wyprawę na kolejny dzień. Wracając na camping nazbieraliśmy grzybów, które bezczelnie rosły tuż przy ścieżce. Za karę zostały uduszone i zjedzone na kolację. Pyszne były, ale czemu Norwegowie ich nie zbierają? Podobno uważają, że grzyby są z natury trujące.

Nasz domek campingowy był tym razem dość skromny. Wystarczy powiedzieć, że nocleg jednej osoby wypadł na składanym łóżku, które niestety faktycznie składało się zaraz po rozłożeniu, a spanie na złożonym łóżku nie należy raczej do najwygodniejszych. W rezultacie po raz pierwszy musieliśmy użyć materaca, miejsce na podłodze zajął na ochotnika Włodek. Przynajmniej nie musiał gramolić się z piętrowego łóżka, bo takowe są w norweskich domkach campingowych standardem. Ponieważ miejsca nie było za wiele większość bagaży trzymaliśmy w aucie, które podczas podróży załadowane było po sufit. Co nie zmieściło się w bagażniku znalazło swoje miejsce w części pasażerskiej, np. nasze buty turystyczne, które przywiązane sznurówkami do stosownych elementów siedzenia puszyły się dumnie przy każdym otwarciu drzwi.

Przyszedł czas na lodowiec Svartisen. Najpierw rejs łódką na drugi brzeg jeziora, stamtąd spacer do czoła lodowca. Po zakończeniu epoki lodowcowej lodowiec cofnął się odkrywając sprasowane skały, które teraz wyglądają jak kartki książki położone jedna na drugiej. Wygładzone skały świecą w słońcu pobłyskując srebrnymi punkcikami miki. Czoło lodowca, który wcale nie jest biały, a delikatnie niebieski ma kształt wielkiego jęzora. Jego nazwa pochodzi od starego słowa „svartis”, które oznacza głęboki, intensywny kolor, w tym przypadku niebieską barwę lodu (śnieg jest nadal biały). Wzdłuż brzegu jeziora stoją znaki zakazujące wędrowania poza terenem, który wyznaczają. Zdarza się, że wielkie bryły lodu odłamują się i wpadając do jeziora wywołują wielką falę. Kiedyś taka fala zmyła stojących na brzegu turystów. Nikt nie ocalał.
Lodowiec robi niesamowite wrażenie. Od patrzenia na zwały śniegu i lodu piętrzące się na drugim brzegu bolą oczy. Pokryty jest licznymi szczelinami. Nie można poruszać się po nim samodzielnie jedynie z doświadczonym przewodnikiem, gdyż lód jest w ciągłym ruchu, a szczeliny mają nawet 30-40 metrów głębokości.
Wracamy na łódkę, bo czas wyruszyć w dalszą drogę. Przed nami etap do Trondheim. Nocujemy pod Trondheim na prywatnym campingu w Asen. Domek jest uroczy, tyle tylko, że znowu pada. Boże, czy uda nam się zobaczyć Norwegię w słońcu???

Trondheim, nazywane do XVI wieku Nidaros, to dawna stolica Norwegii. Najważniejszym zabytkiem Trondheim jest wzniesiona w XI wieku gotycka katedra, jedna największych w Norwegii i najpiękniejszych w Europie katedr średniowiecznych, pięknie zdobiona postaciami świętych i apostołów. Kiedyś była miejscem pochówku króla Olafa II, który wprowadził w Norwegii katolicyzm. Zginął jednakowoż w bitwie pod Stiklestad i od tej pory uznawany za świętego spoczął w podziemiach katedry Nidaros. Niestety nie da się obejrzeć trumny króla Olafa, gdyż została wywieziona do Danii i tam przetopiona na monety. Relikwie pozostały w katedrze. Obecnie corocznie ciągną do Trondheim pielgrzymki, żeby uświęcić męczeństwo Olafa, chociaż katolicyzm w Norwegii już dawno nie jest religią większości.
Surowa i ascetyczna katedra jest także miejscem pochówku i koronacji kolejnych królów norweskich, których Norwegia nie miała za wielu. W zasadzie przez wieki, była prowincją a to Szwecji, a to Danii. Niepodległość odzyskała dopiero w XX wieku, a królem został syn ówczesnego króla Danii.
Obecny król Harald V jest postacią dość nietypową jak na króla. Jest zapalonym żeglarzem. W 1987 roku na jachcie, który był podarunkiem od biznesmenów na jego 50-te urodziny, zdobył mistrzostwo świata w żeglarstwie. Pojął za żonę dziewczynę z ludu i sam, bez ochrony porusza się swoim własnym samochodem po swoim kraju. Jego syn, Haakon pojął za żonę także dziewczynę z ludu, do tego samotną matkę. Córka króla wyszła za mąż za zwykłego poddanego i zrzekła się książęcego tytułu. Rodzina królewska daje doskonały przykład podtrzymywania tradycji. Podczas każdej uroczystości państwowej pokazuje się w ludowym stroju zwanym bunad. Strój taki Norwegowie noszą nie tylko w święta narodowe, ale także z okazji uroczystości rodzinnych. Wprawdzie cały ubiór to wydatek rzędu ok. 10.000 koron norweskich, ale za to kupuje się go na całe życie. I co za oszczędność! nie trzeba za każdym razem kupować „wystrzałowej kreacji”. Każdy region ma swój własny bunad, różnią się między sobą haftem i kolorem.

Między uroczystościami sakralnymi odbywają się w katedrze koncerty muzyki i inne wydarzenia kulturalne. Mieliśmy okazję wysłuchać fragmentu koncertu muzyki poważnej. Takie miejsca mają świetną akustykę. Charakter koncertu podkreślali ubrani w długie habity prowadzący koncert młodzi ludzie.

W Norwegii jest chyba standardem, że młodzi ludzie pracują w wakacje (a może nie tylko w wakacje?) w najróżniejszych miejscach: na stacjach benzynowych, w recepcjach, w biurach informacji turystycznej, jako bileterzy, kelnerzy, sprzedawcy itp. itd. Nabierają tym samym obycia i doświadczenia zawodowego, nie mówiąc już o pieniądzach, które potem pożytkują na wakacje albo na opłacenie nauki. Na recepcji jednego z campingów pracował młody chłopak, okazało się Szwed z Goeteborga, który oprócz tego, ze zarabia uczy się jednocześnie w ten sposób języków obcych. Pozazdrościć rozsądku.

Skromny, ale elegancki pałac królewski w Trondheim z XVIII wieku, ta największa w Norwegii drewniana budowla, jest dzisiaj muzeum. Można do niego wejść wprost z ulicy. Rodzina królewska zawsze była blisko obywateli i nie odgradzała się od nich płotami.

Drewniany, czerwony, ażurowy Most Gamble Bybrusa należy do cenniejszych zabytków miasta. Wzdłuż rzeki ciągną się ściśle do siebie przylegające, strzeliste, zbudowane na palach drewniane domy rybackie oraz spichlerze z XVII i XVIII wieku. Obecnie mieszczą się tutaj restauracje, knajpki, mieszkania prywatne.

Ciekawostką Trondheim jest jedyny na świecie wyciąg dla rowerów. Otóż, żeby podjechać 130 metrów na strome wzgórze Brubakken należy oprzeć swoją prawą stopę na wyciągarce, drugą stopę oprzeć luźno na pedale, albo się nią podpierać, cała sylwetka rozluźniona i jedziemy do góry nie męcząc się nic a nic. Wbrew pozorom cały manewr nie jest wcale taki łatwy, trzeba trochę poćwiczyć, żeby nie wylecieć z toru wyciągarki. W razie czego można zapoznać się z instrukcją użytkowania, albo posłuchać instruktażu młodego chłopaka, który świetnym angielskim wyjaśnia co i jak i pomaga zaprząc się do urządzenia. Włodek spróbował, ale do końca nie dojechał. Na drugą próbę nie mieliśmy już czasu.

Opuszczamy Trondheim. Tak pada, że właściwie nie można wysiąść z samochodu, Chwila pobytu na zewnątrz skutkuje całkowitym zmoczeniem moich spodni i kurtki. Potem mam problem z wtaszczeniem się do środka auta, bowiem nasiąknięte wodą spodnie zrobiły się sztywne i siedzenie możliwe jest tylko w pewnej, dziwacznej pozycji (ze sztywno wyciągniętymi nogami).

Droga Atlantycka o długości ok. 8 km trochę rozczarowuje. Według opisu jest to zespół kilku ciekawych architektonicznie mostów łączących kilka wysp leżących na Oceanie Atlantyckim. Fantazyjna konstrukcja dotyczy właściwie tylko jednego, wygiętego w łuk mostu, ale takich widzieliśmy do tej pory kilka. Ale skoro jest to TA Droga Atlantycka, tak często wyskakująca w internecie jako szczególna atrakcja, fotografujemy ją zawzięcie z prawej strony drogi, z lewej strony drogi, z mostu, spod mostu itp. itd. W końcu ruszamy, jedziemy dalej i raptem okazuje się, że przejechaliśmy całą Drogę Atlantycką. Nawet tego nie zauważyliśmy.

Ocean się burzy, ale na horyzoncie widać, jak niebo staje się niebieskie i bezchmurne. Pogoda jest coraz ładniejsza. Jesteśmy chyba na granicy słońca i deszczu – dosłownie. Z jednej strony auta jest już ładnie, z drugiej strony kłębią się czarne chmury. Niestety jedziemy właśnie w ich kierunku.
Przed nami przejazd widokową drogą do Bud. Jest się czym zachwycać. Małe przybrzeżne wysepki są tak małe, że z ledwością mieści się na nich jedno domostwo. Ponieważ brak na nich drzew, łatwo sobie wyobrazić, jak wiatr chłosta ściany, okna, drzwi domów i pewnie strasznie wyje. Co wrażliwsi mogą popaść w szaleństwo (to moja teoria).

W Erland natrafiamy na pozostałości umocnień z czasów II-giej wojny światowej. W tych okolicach działała niemiecka stacja radiowa i nasłuchowa, tak więc teren było silnie strzeżony. Można obejrzeć solidne bunkry, armaty wycelowane w morze i urządzenia nadawczo-odbiorcze. Wzdłuż wybrzeży Norwegii przepływały w czasie II wojny światowej konwoje morskie wiozące zaopatrzenie dla armii radzieckiej do Murmańska. Walki na morzu i pod wodą wspomagane były przez niemieckie działa z lądu. Na ich zainstalowanie zgodził się kolaborujący z Niemcami ówczesny premier Norwegii. Po wojnie został rozstrzelany za zdradę kraju.

Droga Trolli z jedenastoma ostrymi serpentynami zakręcającymi pod kątem 180 stopni zbudowana w 1936 roku, stanowi jedną z bardziej rozpropagowanych atrakcji Norwegii. U podnóża 852 metrowego wzniesienia, jedną z trudniejszych dróg wspinaczkowych w Europie, stoi jedyny na świecie znak „Uwaga trolle”. Troll wygląda na mocno zmaltretowanego, chyba turyści rzucają w niego kamieniami. Ma liczne ślady na całym ciele i chyba jest szczerbaty. Ale jest słodki i trochę nam go szkoda.

Wjeżdżamy na górę. Wjazd nie jest wcale taki karkołomny, jak piszą w przewodnikach. Pętelki są rzeczywiście ostro pozakręcane, ale stromizna nie przyprawia o zawrót głowy. Jedyną trudność stanowi ostatni odcinek, wjeżdżamy bowiem w chmurę i znowu widać niewiele. Na szczęście na górze chmury się rozstępują i można robić zdjęcia.
Dla wygody turystów i oczywiście w celach komercyjnych zbudowano tutaj tarasy widokowe, z których można podziwiać Drogę Trolli oraz centrum turystyczne ciekawie wkomponowane w skały. Przed nami jeszcze Droga Orłów z 16-toma zakrętami, ale najpierw musimy pokonać jej górski odcinek, pełen fantastycznych widoków.

Góry norweskie są urokliwe. Pełne jeziorek, stromych urwisk, małych i większych lodowców, pokręconych dróg. Ciągle odkrywają się nowe widoki, nie wiadomo gdzie skręcić głowę. Wzdłuż drogi rozpoczynają się szlaki turystyczne. Można zaparkować na przydrożnym parkingu i wyruszyć na pieszą wędrówkę w góry. Jest to o tyle wygodne, że rozpoczyna się na pewnej wysokości i nie trzeba drapać się „od podstawy”. Wędrujących jest niewielu, ale też góry są rozległe i niezwykle urodziwe. Tutejsze szlaki oznacza się kopczykami usypywanymi przez turystów. Turyści mają jednak jakąś niewytłumaczalną potrzebę usypywania tych nieszczęsnych kopczyków gdzie się da, więc w końcu nie wiadomo, jak prowadzi szlak. Na szczęście od czasu do czasu można znaleźć na kamieniach mazniętą na czerwono literę T, czerwoną kreskę, albo jakieś inne proste znaki, niektóre mocno wyblakłe, które wskazują drogę. Trzeba się jednak czasami bardzo nabiedzić, żeby je wypatrzyć, szczególnie schodząc w dół.

Nad 15 kilometrowym fiordem Geiranger, jednym z najładniejszych w Norwegii, umieszczonym na liście dziedzictwa kulturowego UNESCO zawisła ciekawa platforma widokowa na górze Vesterasfjellet. Ze szklanej podłogi platformy, wiszącej na fiordem leją się strumienie wody zasilane z pobliskiego wodospadu.
Fiordy norweskie są najpiękniejsze na świecie i jest ich mnóstwo. Powstały w epoce lodowcowej w wyniku żłobienia skał przez ogromne masy lodu i kamieni. Wycofując się lodowiec pozostawił po sobie wiele zagłębień, które wypełniły się wodą. Najpiękniejsze fiordy otaczają wysokie góry wystrzelające wprost z wody. W lipcu zbocza gór porośnięte bujną, zieloną roślinnością, słońce prześwietlające przez szczyty gór i woda, czasami niebieska, czasami lazurowa, czasami szafirowa tworzą rzeczywiście bajkowe obrazy. Koniecznie trzeba po fiordzie popływać, ale tę przyjemność pozostawiamy sobie na później. Najpierw zmierzamy do Geiranger.

Camping, na którym mieszkamy to parę skromnych domków mieszczących się na zboczu. Po raz pierwszy łazienkę mamy na zewnątrz, a za prysznic trzeba zapłacić. Nieświadoma tych prysznicowych regulacji odbyłam kąpiel w lodowatej wodzie. Szok termiczny gwarantowany, szczególnie dla takiego piecucha jak ja.
W zatoce fiordu, tuż przy jego końcu zacumował statek wycieczkowy linii Hurtigruten. Statki te pływają od 120 lat wzdłuż wybrzeża Norwegii od Bergen do Tromso i cumują w co ciekawszych miejscach. W czasie postoju wycieczkowiczów pakuje się do autobusu i pokazuje ciekawsze atrakcje na lądzie. W międzyczasie można na pokładzie statku pójść na dyskotekę, pograć w golfa lub siatkówkę, poopalać się lub wypoczywać w inny, bardziej lub mniej aktywny sposób. I tak przez dwa tygodnie. Można oczywiście wybrać krótszy rejs i wypoczywać czynnie tylko kilka dni. Pomijając te „atrakcje”, ponoć z morza Norwegia jest równie ciekawa jak z lądu.

Miejscowość Geiranger oblepiona jest kilkoma campingami. Królują na nich samochody campingowe, które są w Norwegii bardzo popularnym wakacyjnym środkiem transportu. O dziwo jest cicho i spokojnie, nikt nie zakłóca odpoczynku. W Norwegii można zatrzymać się na nocleg gdziekolwiek, na jedną noc nawet na terenie prywatnym, ale co najmniej 150 m od siedzib ludzkich. Trzeba oczywiście pozostawić po sobie porządek i nie dewastować przyrody. Istnieje zresztą specjalnie prawo dotyczące ochrony przyrody jako dziedzictwa narodowego, a jego złamanie jest poważnym przestępstwem.
Sklepy w Geiranger z licznymi pamiątkami działają do 22-giej. Można zaopatrzyć się w to i owo. Pamiątki w każdym miejscu Norwegii są do siebie podobne, z wyjątkiem ceny. Rozbieżności są nawet spore, ale skąd mamy wiedzieć, czy tu jest taniej, czy drożej niż gdzie indziej? Niemniej rano kupujemy w jednym z campingowych sklepików bluzy turystyczne, każde z nas w innym kolorze. Ja wybieram fioletową, Włodek grafitową, Marlena beżową, a Beata czerwoną. Wojtek odpuszcza i nie kupuje nic. Ale do czasu. Naprawi ten błąd we Flam zakupując niebieską, ale już sporo drożej.

Czas na Flam. Wyruszamy w kierunku drogi nr 55 przez góry Jotunheimen. Z punktu widokowego Flydalsjuvet można podziwiać dolinę fiordu Geiranger. Pniemy się wysoko krętymi drogami. Z rzadka mijają nas auta i motocykliści, my z kolei mijamy dzielnych rowerzystów. Na stromych zboczach gór widnieją opuszczone domostwa. Życie tu nie było łatwe, więc kto mógł, uciekał w „bardziej cywilizowane” strony. Zbocza, na których stoją domki są tak strome, że podobno podczas zabawy dzieci przywiązywano do palików, żeby nie spadły w dół. Jest ciepło, ale rześko. Świeci słońce, widoczność wspaniała. Dojeżdżamy do Dalsnibba – 1.450 m.n.p.m. To jedna z większych atrakcji w tym rejonie i świetny punkt widokowy. Rzeczywiście, bardzo karkołomny wjazd (Droga Trolli to pikuś) w chmurze powoduje, że widoczność jest znikoma. Ostre zakręty, jakieś mikre barierki na poboczu i całkowita cisza w aucie – to sceneria naszego „eksploracyjnego” wjazdu. Dalsnibba nas zaskakuje. Na samej górze widzimy sporą grupę rowerzystów, którzy tu (chyba?!?) wjechali na rowerach? Myśmy ledwo wtoczyli się autem, a co dopiero na rowerze. W końcu trzeba będzie kiedyś zjechać. Ostry zjazd w dół szczególnie na rowerze jest dość karkołomny, a i nogi (albo i co innego) można sobie połamać.
Kiedy się rozchmurza z wierzchołka Dalsnibba rozciąga się wspaniały widok na pobliskie góry i dolinę. Można tak stać i gapić się bez końca.
Zdarza się nam spotykać na trasie Polaków. Tym razem jest to pan i pani z Bemowa. Prawie sąsiedzi. Już nas podobno widzieli na jakimś campingu, teraz rozpoznali i zaczepili. Może spotkamy się ponownie gdzieś po drodze?
Przed centrum turystycznym stoi troll. Turyści wyciągnęli go budynku i teraz robią sobie z nim zdjęcia. Na naszej trasie jest ich mnóstwo. Bardziej lub mniej urodziwe są jednak paskudnej urody. Mają długie pomarszczone nosy, po cztery palce u rąk i nóg, włochate ogony. Podobno po zachodzie słońca wychodzą spod kamieni. Z natury są łagodne, nieśmiałe i naiwne, ale potrafią też być złośliwe i narobić szkód. Dlatego należy je szanować i z nimi nie zadzierać. Przy każdej okazji głaszczę więc spotkanego osobnika po wydatnym nosie, kudłatej głowie albo wypiętym brzuchu i robię sobie z nimi zdjęcia. Chyba dobrze je traktuję?

Masyw Jotunheimen to prawdziwe królestwo gór. Sama jego nazwa brzmi złowrogo, oznacza bowiem siedzibę olbrzymów. Najwyższy szczyt Jotunheimen Galdhopiggen ma 2.469 metrów wysokości n.p.m.. Jego sąsiadem jest drugi co do wysokości Gfvlittertind ze swoimi 2.452 metrami n.p.m. Obydwa są płaskie i rozległe. Wyglądają jak nasze Góry Stołowe i nie sprawiają wrażenia karkołomnych, chociaż w rzeczywistości może być zupełnie inaczej. Zatrzymujemy się na drugie śniadanie z widokiem na Galdhopiggen. Drugie śniadanie nabrało pewnego rytuału. Uznaliśmy, że nie obędzie się bez czegoś do uzupełnienia smaku kanapki w rodzaju jakiegoś majonezowego sosu. Kiedy skończył się nam sos tatarski wyruszyliśmy w sklepie na poszukiwanie czegoś w tym rodzaju. Właściwie kwalifikowały się także dressingi do sałatek. Myślę, że gdyby nie te „dodatki smakowe” nie spożywalibyśmy takich ilości jedzenia, jakie o dziwo spożywaliśmy. Nie jest to w moim przypadku jednoznaczne z przytyciem, bo chyba nawet schudłam.

Przed wjazdem na sławną drogę nr 55 oglądamy w Lom kościół słupowy. Kościoły słupowe (zwane też klepkowymi) budowano w Norwegii od XI do XIII wieku w czasach gdy wiara chrześcijańska mieszała się z pogańskimi wierzeniami. Należą do najstarszych drewnianych zabytków Europy. Obecnie pozostało ich w Norwegii 29. Podstawą budowy kościoła był słup (albo wrośnięty w ziemię pień drzewa), który następnie obudowywano deskami bez użycia jakiegokolwiek metalu i tak powstawał kościół. Dach pokryty łuskami przypomina skórę węża. Wieżyczki zwieńczone rzeźbami w kształcie głów smoków wyglądają tak samo jak te, które zdobią łodzie wikingów. Pierwsze kościoły smołowano, aby zabezpieczyć je przed niszczącym działaniem warunków atmosferycznych, dlatego niektóre są zupełnie czarne i mają charakterystyczny zapach. Podobnie pachnie kościół Wang w okolicach Karpacza, który pochodzi właśnie z Norwegii.
Kościół w Lom zbudowano w XII wieku i wygląda „zwyczajnie”. Ale już ten w Borgund, także z XII wieku wygląda jak z bajki. Jest mały, ciemny, w środku znajduje się tylko ołtarz i to właściwie wszystko. Kościół w Kvernes k/Kristiansund jest zupełnie inny. Zbudowany z brązowych, nasyconych żywicą desek kryje w sobie ciekawe malowidła, wydobyte spod warstwy wapna, którym pokryto je w czasach reformacji. Nie odbywają się tutaj żadne uroczystości kościelne, raz w roku do kościoła ściągają pielgrzymki w rocznicę śmierci św. Olafa. Na co dzień natomiast funkcjonuje stojący obok skromny, protestancki kościółek. Kościoły protestanckie są kwintesencją ascezy i skromności. Brak w nich obfitych ozdób, tak popularnych w kościołach chrześcijańskich. Kościół w Undredal z XIII wieku jest też kościołem słupowym, ale zupełnie go nie przypomina. Jest biały, sprawia wrażenie ażurowego i przywodzi na myśl raczej protestancką świątynię.

Droga nr 55 to atrakcja sama w sobie. Wiedzie przez kompletne pustkowia, płaskowyże i porośnięte trawą góry, którą z upodobaniem skubią wałęsające się także po jezdni owce. Za przejazd drogą nr 55 trzeba zapłacić. Można to zrobić TYLKO kartą kredytową. Na początku stosowne urządzenie nie chciało współpracować z moją kartą kredytową. Wypluwało z siebie jakieś informacje w języku norweskim i nie wiadomo było czego chce. Naciskaliśmy wszystkie możliwe przyciski, aż w końcu zrozumieliśmy, że nie podoba mu się użyta karta płatnicza. Chce innej. Dostał co chciał i w końcu szlaban uniósł się w górę. Uff… Przejechaliśmy. A tu proszę. Owce oblazły stojący na poboczu samochód. Wwędrowały na maskę auta, na dach, przytuliły się do kół, ułożyły pod autem. Były słodkie, jak na wielkanocnych kartkach.

Żeby dostać się do Flam od strony wschodniej należy przejechać 25 km podziemnym tunelem Laerdal, który otwarto w 2.000 roku i w tym czasie był to najdłuższy tunel na świecie. Góry nad nim osiągają wysokość 1.809 metrów. Znacznie skraca drogę z Oslo do Bergen. Ponieważ jazda jest długa przejazd uatrakcyjniają podświetlone na kolorowo sale, które jednocześnie łamią monotonię i zwiększają bezpieczeństwo jazdy. Jest ich ze 4 lub 5. Jedne oświetlone niebieskim, inne żółtym światłem. Tunel pełni nie tylko funkcje komunikacyjne. Jest także miejsce spotkań mieszkańców, a jeśli ktoś chce wziąć tu ślub też nie ma problemu.

Zarówno tunele jak i drogi w Norwegii są częściowo płatne. Można płacić manualnie na stacjach benzynowych oznaczonych znakiem Kr, ale można też wykupić tzw. auto-pass (automatyczny system opłat), który po zarejestrowaniu się na jego domenie czyta nr rejestracyjny auta, nalicza opłatę, a potem dostajemy fakturę i pozostaje nam już tylko zapłacić. Tym sposobem problem opłat i ciągłego wypatrywania napisu Kr mamy z głowy.
Poruszanie się po norweskich drogach bardzo dyscyplinuje. Ograniczenia prędkości spotyka się na każdym kroku, w miastach 30-50 km/h, poza miastami 60-80 km/h, a na autostradzie (jest ich w Norwegii tylko 110 km) 90 km/h. Przekroczenie prędkości nawet o 1 km grozi karą 1.000 euro, albo nawet konfiskatą auta lub więzieniem. Nie mówiąc już o innych karach za inne drogowe przewinienia.
Tuneli jest cała masa. Wykute w skałach, pod wodą, oświetlone i nie oświetlone. Mieliśmy okazję pokonać dwa takie nieoświetlone. Po wjeździe w ciemną czeluść trzeba było natychmiast ostro skręcić. Było to tak zaskakujące, że w połączeniu z nagłą utratą widoczności człowiek przez chwilę pozostaje w szoku.
W Norwegii nie ma w ogóle reklam przy drogach, ani żadnych kolorowych bilbordów. Na północy nie ma przydrożnych zajazdów, barów, ani McDonaldów. Na południu już się pojawiają ale w niewielkiej ilości i raczej niewielkich rozmiarów. Funkcję gastronomiczną spełniają na ogół barki na stacjach benzynowych.

Jeszcze tylko jeden mały tunelik i jesteśmy we Flam. Nasz hostel we Flam jest przytulny i kameralny. Mieszkamy razem w jednym pokoju, cała nasza piątka. Dzięki temu bałagan jest malowniczy. Wszędzie stoją torby, walizki, plecaki, leżą nasze ubrania i inne rzeczy, ale w sumie nie jest źle. Hostel dysponuje wspólną kuchnią dla wszystkich mieszkańców. Wieczorem, podczas przygotowywania kolacji spotykamy trójkę Rosjan, ale rozmowa coś się nie klei. Za to bardzo elokwentny jest młody Chińczyk, zresztą nas sąsiad. Pochodzi z Pekinu i studiuje prawo międzynarodowe. Jest jednym z 200 studentów na roku w miliardowym państwie. Podobno w zbieraniu funduszy na jego studia brała udział cała jego rodzina, a rodzice porządnie się zadłużyli. Opowiadał mi o swoich planach, o starych zwyczajach kultywowanych w Chinach jeszcze dzisiaj, ceremonii picia herbaty, swojej podróży po Europie. Na koniec wprosił się na kolację dnia następnego, a ponieważ mowę angielską miał potoczystą trudno było wtrącić chociaż słówko do jego monologu. Krupnik bardzo mu smakował, leczo z makaronem chyba trochę mniej. W każdym razie drugim daniem głośno się nie zachwycał.
Następnego dnia wyjechali Rosjanie, za to przyjechali Belgowie. Dwójka młodych, bardzo miłych ludzi. Podczas śniadania chłopak wyraził swoje zdumienie, że jemy tak dużo. Rzeczywiście, najpierw mleko z otrębami i innymi dodatkami, potem chleb, wędlina, ser, dżem. Ja sama byłam pod wrażeniem naszego apetytu. Potem pojawili się Anglicy z dwojgiem dzieci. Pan - chyba Włoch, pani - chyba Angielka. Potem spotkaliśmy ich w Bergen. Pan chyba Włoch zaproponował nam pyszną kawę z ekspresu. Ci, którzy pili potwierdzili, że nasza rozpuszczalna nie umywa do tej jego z ekspresu.

Flam oferuje dwie ważne atrakcje. Można popłynąć statkiem po fiordzie Sognefjord, który jest kolejnym fiordem na liście UNESCO oraz odbyć podróż koleją Flamsbana.
Najpierw płyniemy statkiem. Sognefjord jest najdłuższym fiordem Norwegii o długości 203 km i szerokości od 1,5 do 6 km. Rejs odbywa się z Gudvangen do Flam. Cały górny i dolny pokład i każdy inny skrawek statku zajmują, jak się potem okazało, Japończycy. Przed nami usadowił się taki jeden, chyba z ADHD. Ciągle wstaje, wychyla się za burtę, wspina na barierkę. Nic przez niego nie widać. W końcu proszę go, żeby usiadł i przestał nam zasłaniać widoki. Ponieważ po porannych zamgleniach przejaśnia się zaczynamy skupiać się na widokach. Co chwila odsłania się coś nowego, coś innego się chowa. Nad nami latają mewy. Karmione przez wycieczkowiczów łapią w locie rzucane im okruchy. Przy okazji obserwujemy grupę siedzących naprzeciwko Japończyków. Ciągle coś jedzą, a to suszone ryby, a to jakieś chipsy, w końcu zabrali się za jedzenie jajek. Wszystko to przy dźwiękach japońskiej muzyki puszczanej z komórki. W końcu, chyba znudzeni rejsem zaczepiają mnie i proszą o wspólne zdjęcie. Najpierw jedna pani, potem kolejna, jeszcze kolejna, a potem cała grupa. Szczególnie interesują ich Włodek i Wojtek. Obaj mają brody, czego zdecydowanie brakuje japońskim macho. Całe stado Japonek robi sobie z naszymi panami wspólne zdjęcia, na koniec pytają, czy można ich pocałować. Po odmowie rozochocone i rozgorączkowane panie trochę się uspakajają zupełnie nie zwracając uwagi na swoich, już trochę wkurzonych japońskich towarzyszy. W końcu żegnamy się serdecznie i schodzimy na ląd.
Rejs już za nami, teraz czas na podróż koleją. Najbardziej stromą na świecie kolej normalnotorową bez szyny zębatej zbudowano w pierwszej połowie XX wieku. Pociąg pokonuje 836 metry różnicy wysokości na odcinku 20 km, 20 tuneli, 1 most i 4 tunele wodne. W jednym z tuneli wykonuje skręt o 180 stopni. Jadąc pod górę Flamsbana zatrzymuje się na kilku stacjach. Najciekawsza jest ta przy wodospadzie Kjosfossen. Jest ogromny i bardzo malowniczy. Uroku całości dodaje tancerka, która na jednej ze skalnych półek zawieszonych nad wodospadem tańczy do muzyki Griega, najsławniejszego norweskiego kompozytora. Całość wygląda zjawiskowo. Pniemy się dalej pod górę. Z lewej i prawej strony odsłaniają się głębokie doliny i zbocza, z których tu i ówdzie spływają cienkimi strużkami wodospady. Po dojechaniu do Myrdall, stacji końcowej kolejki postanawiamy zejść na piechotę do kolejnej stacji, odwiedzając po drodze jezioro Reinunga. Można także zjechać rowerem do samego Flam, ale droga jest kamienista, stroma i wąska.

Wieczorna akcja „czapka” kończy się zakupem przez Beatę ślicznej, twarzowej biało-czerwonej czapeczki z norweskimi wzorami. Ja niestety nic dla siebie nie znalazłam. Muszę na razie zadowolić się rękawiczkami zakupionymi w Finlandii i sportową kurtką z Geiranger. Pachnie malizną, ale przed nami jeszcze kilka ośrodków handlowych, więc na pewno skutecznie uda mi się wydać pieniądze.

Z Flam do Bergen pokonuje się niezliczoną ilość tuneli, ale podróż przebiega sprawnie i szybko. Już o 14.00 jesteśmy w Bergen. Trochę się namęczyliśmy szukając parkingu, ponieważ większość ulic w centrum jest jednokierunkowa, ale w końcu się udało. W Bergen mieszkamy w hotelu ze wspólną kuchnią. Pokój nie jest najsympatyczniejszy, ale i tak większość czasu mamy zamiar spędzić na zewnątrz.
Bergen zwane bramą do krainy fiordów znajduje się na liście UNESCO. Jest uroczym miastem ze starym, zabytkowym nabrzeżem Bryggen. Kiedyś było ważnym portem należącym do Hanzy. Założone w XI wieku od XII do XIX wieku było stolicą kraju. Drewniane, ciasno do siebie przylegające domy, których fronty skierowane są do morza mają kształt długich hal ze wspólnym pasażem. Zabudowano je wieloma pomieszczeniami, które pełniły funkcję mieszkalną i magazynową. Można się po nich włóczyć godzinami. Zimą nie można było w nich palić, żeby nie wywołać pożaru. Podobno zdarzały się wypadki śmierci z wychłodzenia. Mieszkańców obowiązywał celibat, ale tę niedogodność rozwiązywała mnogość domów publicznych na obrzeżach miasta.
Na nabrzeżu funkcjonuje też targ rybny, oferujący najróżniejsze owoce morza w formie gotowej potrawy, albo do samodzielnego przygotowania. Stwory są różne: kraby, olbrzymie krewetki, niektóre osobniki zupełnie nieznane, a także mięso wieloryba, które wyglądem przypomina trochę wątrobę i ma brunatny kolor. Jego smak nas nie zachwycił, było jakieś takie, właściwie bez smaku. W każdym razie nie pachniało rybą.
Nabrzeże to miejsce nie tylko handlu rybami. Można tutaj zaprezentować swój muzyczny kunszt grając na wielu instrumentach, pokazać się w stylowym samochodzie, na czarnym harleyu albo na bogatym, wypasionym jachcie. Podejrzewaliśmy nawet, że bardzo luksusowy, zwracający uwagę swoim nowoczesnym wyglądem należy do Abramowicza, jednego z najbogatszych Rosjan. Ale to chyba nie był ten jacht??? Chociaż …

Wzgórze Floyen, na które wjeżdżamy kolejką jest miejscem rekreacji i wypoczynku bergeńczyków. Rozciągający się z niego widok ukazuje niską zabudowę miasta co od razu daje wrażenie przytulności. Widzimy mały port, poszarpane wybrzeże, liczne wysepki ciągnące się wzdłuż wybrzeża i błękitne wody Oceanu Atlantyckiego. Schodzimy do Bergen na piechotę. W moim przypadku nie jest to takie łatwe i proste. Straciłam sandały – odpadła im po prostu podeszwa – i teraz maszeruję dzielnie w japonkach na słomie. Czuję pod stopami każdy kamień i tak sobie myślę, że w desperacji kupię pewnie w Norwegii letnie buty tracąc na nie cały majątek. Ceny w Norwegii są dla nas wysokie, a nawet bardzo wysokie. Wystarczy powiedzieć, że za obiad w postaci pizzy dla dwóch osób zapłaciliśmy prawie 200 polskich złotych.
Nie mniej jednak TRZEBA Bergen obejrzeć. Miasto jest faktycznie urocze, pełne ślicznych, wypielęgnowanych domków i ogródków, czyściutko, wokół mnóstwo zieleni. W jednym z ogrodów zadziwia araukaria – drzewo ciepłolubne, spotykane raczej w cieplejszym klimacie. Ponieważ pewnie nie jesteśmy jedynymi, którym trudno uwierzyć, że jest to araukaria właściciele ogrodu umieścili na ogrodzeniu napis, „TAK, jest to rzeczywiście araukaria”.

Pobyt w Bergen można uznać w pełni za udany. Rzutem na taśmę, tuż przed zamknięciem sklepu (prawie o godz. 22-giej) kupiłam sobie zimową czapkę. Założyłam na głowę – pasowała i była bardzo ciepła. Wprawdzie był to lipiec, wieczorowa pora i dość rześko na dworze, ale jednak lato. Z całym przekonaniem mogę potwierdzić, że latem moja czapka jest bardzo ciepła. Chyba ją lubię, także dlatego, że na granicy zwrócono mi za nią podatek w wysokości 6 euro (słownie: sześć euro).

Przejazd przez Ryfylke w kierunku Stavanger dostarcza kolejnych estetycznych przeżyć. Trasa jest urocza, tereny już nie tak górzyste jak kilka dni temu, strumyki srebrzące się wzdłuż trasy naszego przejazdu, liczne wodospady i wielkie płaskowyże na których Norwegowie budują domki weekendowe i w których z upodobaniem spędzają wolny czas. Naszym celem jest Preikestolen. Tutejszy hostel – Preikestolenhytte nawiązuje do norweskiego wiejskiego budownictwa. Dach porośnięty trawą sprawia, że budynek bardzo ładnie współgra z otaczającą go przyrodą.
Tutejsza kuchnia jest także do wspólnego użytku. Spotkana amerykańska młodzież gotuje obiad: nieposolony makaron i parówki, które odcedzają na durszlaku. Makaron bez soli jest niesmaczny, ale chodzi chyba o to, żeby napełnić brzuchy, poza tym własnoręcznie przygotowany posiłek daje jednak satysfakcję. Okazuje się, że gotujący na sąsiedniej fajerce Duńczyk ma w Polsce siostrę, która jest właścicielką fabryki mebli w okolicach Poznania i już kilka razy był w Polsce. Teraz wraz z rodziną podróżuje po południowej Norwegii i Szwecji. Wymieniamy się radami co warto zobaczyć i wrażeniami z podróży, na koniec życzymy sobie fajnego wyjazdu.
Wspólne użytkowanie kuchni wciąż dostarcza nowych ciekawych doświadczeń i nowych ciekawych, znajomości.

Na Preikestolen maszerujemy w gęstym tłumie. Pod górę pną się dzieci, dorośli, młodzież, seniorzy, każdy w swoim tempie. Co chwila wyłaniają się inne partie gór. Widać także Stavanger, leżące parę kilometrów dalej nad brzegiem Oceanu Atlantyckiego. Skała Preikestolen (dosłownie: ambona) wynurza się pionowo z fiordu Lysefjord na wysokość 604 metrów, załamuje się pod kątem 90 stopni i na górze tworzy płaską platformę, na której teraz kłębi się mnóstwo ludzi. Żeby spojrzeć w dół kładziemy się z Marleną na skale i wysuwamy głowy. Potem wyczyn nasz powtarza Włodek. Trochę straszno, bo i wysokość i świadomość, że to jednak przepaść. Niektórzy są na tyle odważni, że zwieszają nogi, ale może się przy tym zakręcić w głowie. Wojtek z Beatą schodzą w dół, pozostała trójka udaje się na dalszą wędrówkę. Włazimy na skały górujące na Preikestolen. Niektórzy podziwiają widoki, inni opalają się na gołych, nagrzanych skałach, jeszcze inni szaleją z aparatami fotograficznymi. Wybieramy mniej uczęszczaną drogę zejścia w dół. Jest jeszcze wcześnie, trzeba więc zrobić jeszcze jakąś trasę w górach. Wybór pada na 718 metrową górę Mosilifjellet. Najpierw było łatwo. Łagodne wejście, wyraźnie oznakowany szlak, z którego widać było kolorowego węża turystów spełzającego z Preikestolen.
Na szczycie stoi słup zaopatrzony w skrzyneczkę, z której Włodek wyciąga dziennik zdobywców szczytu. Wpisuje sumiennie datę, nazwiska zdobywców, chwilę podziwiamy widoki. Czas na odwrót. Okazuje się, że sprawa nie jest prosta. Na pełnym kamiennych kopczyków szczycie trudno znaleźć oznakowanie szlaku. Ponieważ niektóre znaki są ledwo widoczne, trzeba naprawdę mieć szczęście, żeby coś dojrzeć. Błądzimy tu i tam wypatrując oczy. Znalezione oznakowania wcale nie oznaczają, że kierunek zejścia jest dobry. Kilka razy wyrzuciło nas na skalne półki, z których można było jedynie skakać na te niższe. Błądzimy, błądzimy i w końcu wychodzimy na zawieszone na drzewach namioty w kształcie kokonów, otoczone ogrodzeniem z sieci rybackich. Przywołują na myśl „obóz przetrwania”. Ponieważ znowu nie ma żadnych oznakowań szlaku idziemy dalej „na nosa” przez podmokłe łąki i w końcu trafiamy na ścieżkę. Na szczęście mamy w aparacie „mapę” ze szlakami, dzięki której obieramy kierunek w prawo. Uff… Nie będzie noclegu w skale. Wychodzimy na szlak prowadzący na Preikestolen i w dole widzimy nasz hostel. Jesteśmy uratowani.

W hostelach nie musimy po sobie sprzątać. Trzeba jedynie pozostawić w stojącym na korytarzu koszu brudną pościel. Natomiast po skorzystaniu z domku campingowego należy po sobie posprzątać, albo zapłacić za sprzątanie. Każdy domek wyposażony jest w szczotki, szufelki, ścierki. W środki czystości należy się zaopatrzyć. W domkach z kuchenką mamy też garnki, talerze, kubki i sztućce. Jest to bardzo cenne, gdyż nie musimy rozpakowywać naszego skrzętnie poutykanego bagażu, a skorzystać z miejscowego wyposażenia. Przy codziennym gotowaniu jest to bardzo wygodne.

Następnego dnia, zaraz po śniadaniu, wyruszamy w podróż w kierunku Oslo. Przejazd przez Telemark, kolejny region Norwegii dostarcza znowu wielu wrażeń. Tym razem Norwegia jest płaska, zielona ale znowu pusta. Od czasu do czasu mijamy małe miejscowości, pojedyncze domki wakacyjne, farmy rolne, owce wędrujące sobie nonszalancko szosą. Telemark zaopatruje Norwegów w większość płodów rolnych. Nazwą telemark nazwano także styl lądowania na nartach w skokach narciarskich – taki z przyklękiem na kolano.
Przed Oslo wjeżdżamy na autostradę, jedyną w Norwegii. Dzięki mapie miasta, którą znaleźliśmy w jednym z przewodników trafiamy, nie bez trudności, na naszą kwaterę. Uliczka jest cicha i spokojna, domek wygląda przytulnie. Dzwonimy, lecz nikt nie otwiera. Nie wiem, czy dobrze trafiliśmy. W końcu dzwonię do właściciela, który jak się okazuje rezyduje w Szwecji. Obiecuje interwencję. Druga próba z dzwonkiem przynosi rezultaty. Otwiera nam miła, młoda dziewczyna i wprowadza do mieszkania, które mamy zajmować.
Po kolacji udajemy się z Włodkiem na rekonesans. Trzeba się przede wszystkim zorientować co z biletami komunikacji miejskiej. Automat nie chce sprzedać całodziennego biletu. Spotkany w metrze pracownik metra radzi nam kupić je następnego dnia w kiosku.

Oslo jest najstarszą skandynawską stolicą założoną w XI wieku. Aż do XX wieku nosiło nazwę Christiania na cześć króla duńskiego Christiana VI, który po pożarze w XVII wieku odbudował ze zniszczeń doszczętnie spalone miasto. Oslo jest małe, kameralne, ma tylko pół miliona mieszkańców.

Frogtnerpark z rzeźbami Gustawa Vigelanda, jednego z najwybitniejszych norweskich rzeźbiarzy, to pierwszy punkt w naszym programie zwiedzania Oslo. 212 rzeźb naturalnej wielkości postaci przedstawia ludzkie emocje: radość, smutek, złość, troskę, miłość i gniew. Najsławniejszy jest obelisk z poskręcanymi ludzkimi ciałami. Trudno się zorientować gdzie nogi, ręce, głowa. Ale to poplątanie ciał intryguje. Aż dziw bierze, że to wszystko wyrzeźbione zostało w brązie i granicie.
Z parku udajemy się na wyspę Bogdoy, na której znajduje się większość miejskich muzeów. My będziemy zwiedzać skansen. Jak to w Skandynawii bywa skansen jest „żywy”. W wielu budynkach młodzi ludzie wykonują prace związane z charakterem obiektu: np. pieką placuszki, szyją, wykonują drobne rękodzieło. Najbardziej ujęła nas szkoła, w której nauczyciel spożywał posiłek wraz ze swymi małymi uczniami. Patrzyliśmy zafascynowani. Ładnie zaaranżowany teren skansenu podzielony jest na część „straszą” i część „nowszą”. W skansenie w „starszej części” zgromadzono chaty i budynki z norweskich wsi: domy mieszkalne, szkoły, spichlerze, kościół słupowy, obiekty gospodarcze jak obórki, szopy czy stodółki. Część ”nowsza” prezentuje budownictwo początku XX wieku do lat 60-tych i 70-tych. Wewnątrz budynków można podziwiać pomieszczenia urządzone w stylu danego okresu i to nie tylko mieszkalne, ale np. bank, kafejki czy sklepy, w których można nabyć różne produkty w opakowaniach „z epoki”. Drobiazgowe odwzorowanie życia norweskiego społeczeństwa w różnych okresach podkreśla chociażby stary, drewniany wychodek, który ostatecznie także jest zabytkiem. Nie wiem, czy można z niego korzystać – nie próbowaliśmy.

Wyspa Bogdoy zwana jest wyspą bogaczy. Ma tutaj rezydencję rodzina królewska, mieszkańcami są zamożni Norwegowie. Widać to nie tylko po bardzo ładnych, eleganckich domach otoczonych wypielęgnowanymi ogródkami, ale także nowoczesnych, lśniących autach. Architektonicznie domy są oczywiście różne, ale zachowują ten swój specyficzny, jak to nazwaliśmy „skandynawski” styl. Nie ma pstrokacizny form i kolorów. Z rzadka spotyka się ogrodzenia i płoty, jeśli już to tylko dla ozdoby. Norwegowie nie mają skłonności do obnoszenia się ze swoją zamożnością. Wszystko ma ludzki wymiar, łącznie ze sklepami.
Norwegia była krajem biednym do czasu odkrycia zasobów ropy naftowej na Morzu Północnym. Ropa przyniosła dobrobyt, nie zmieniła na szczęście mentalności ludzi. Trudno tu spotkać olbrzymie supermarkety na miarę Tesco lub Carrefoura. Dominują niezbyt duże sklepy samoobsługowe typu Remo 2000, dzięki czemu zakupy robi się w miarę szybko. Ciekawostką kulinarną jest ser w kolorze brązowym, który smakuje jak nasze kruche krówki. Norwegowie są narodem lubiącym ruch i sport o czym świadczy chociażby zaopatrzenie sklepów na prowincji. Trudno spotkać sklep z „normalną” odzieżą damską lub męską. Można za to bez problemu zakupić sportowe kurtki, sportowe spodnie i swetry, sportowe czapki i sportowy sprzęt wszelkiej maści. Większość campingów nastawiona jest zarówno na turystykę letnią jak i zimową. Norwegowie są fanami sportów wszelakich i kochają ruch na świeżym powietrzu. Pomieszczenia „naszych” drewnianych domków campingowych ogrzewały małe, elektryczne grzejniki, Okazało się, że szczelne i nagrzane domki trzymają ciepło długo po ich wyłączeniu. Świetnie sprawdzały się w chłodniejsze dni i noce i tak pewnie jest zimą.

Tramwaj wodny dowiózł nas do miejskiego ratusza. Zbudowano go w latach 50-tych w celu upamiętnienia 900 rocznicy powstania miasta. Budowla jest prosta i niezbyt imponująca. To tutaj rokrocznie, w ogromnym holu, wręczana jest pokojowa Nagroda Nobla. Ratusz ozdobiony jest wewnątrz naściennymi malowidłami obrazującymi życie Norwegów w różnych regionach kraju, przy różnych zajęciach i w różnych porach roku. Ponieważ nie ma problemu z wejściem do środka, łącznie z salą posiedzeń rady miejskiej, można sobie wszystko dokładnie obejrzeć i popodziwiać widok na zatokę i port.

Opera narodowa przypomina swoją bryłą taflę lodu. Wielki, biały plac przed gmachem służy jednocześnie jako miejscowa plaża, a z dachu podziwiać można architekturę stolicy. Jeszcze tylko spacer ulicą Karla Johansa, głównym deptakiem spacerowym Oslo pełnym turystów. Wzdłuż ulicy ciągną się domy handlowe, a procent obniżek cen jest wręcz nieprawdopodobny – 70, 80% robi wrażenie. Sprawdzamy ile po tych obniżkach kosztuje np. bluzeczka i wychodzi na to, że w tej drogiej Norwegii potrafi ona teraz kosztować 20 zł. Nic tylko kupować. Ale to zauważyły tylko panie. Panowie natomiast jakoś nie zwrócili uwagi na rzecz tak ważną.
Ulica Karla Johansa prowadzi wprost do Pałacu Królewskiego, z którego król może sobie na co dzień oglądać swoich poddanych spacerujących po mieście. Pewnie do pałacu można zbliżyć się na wyciągnięcie ręki. Ponieważ jednak remontowano ogrody królewskie i wszystko było rozkopane, daliśmy sobie spokój z dalszą eksploracją Oslo. Zresztą czas było wracać do auta. Przed nami jeszcze droga do Szwecji, gdzie czekał na nas ostatni w trakcie naszej podróży nocleg.
Odległość do granicy szwedzkiej nie jest duża, za to po jej przekroczeniu widać jednak, że jesteśmy w innym kraju. Trochę inne domy, drogi, trochę inne krajobrazy. Nasz hotelik to dawny szpital dziecięcy. Czuć nawet jeszcze trochę zapachy szpitala.

Naszą podróż kończymy na promie z Nynashamn do Gdańska. Podziwiamy wjeżdżające na prom TIR-y, których kierowcy odbywają nimi swoisty taniec, wjeżdżając tyłem do ciemnej ładowni. Jeszcze rzut oka na wytatuowane gołe torsy i oryginalne fryzury współczesnych wikingów. Ich motocykle zaparkowane na pokładzie samochodowym wyglądały bardzo futurystycznie, zresztą tak jak ich właściciele.
Żegnamy się ze Skandynawią. Ciekawe na jak długo, bo od czasu do czasu zdarza się nam tu przyjechać.

Zrobiliśmy wielki trójkąt począwszy od Nynshamn pod Sztokholmem, poprzez północną Finlandię do Nordkapp, potem wzdłuż zachodniego wybrzeża w okolice Stavanger, stamtąd do Oslo i ponownie do Nynshamn.
Kółko zamknęło się po 3 tygodniach podróży. Przejechaliśmy ok. 6.500 km. Auto sprawowało się doskonale na norweskich serpentynach. Świetnie radziło sobie w trudnym terenie i przywiozło nas bezpiecznie do domu.

W wyprawie udział wzięli:
Hanka – program wyprawy i kasa, czasami kuchcik
Marlena – pomoc medyczna w wypadkach nagłych i nie nagłych, podkuchenna
Beata – kwatermistrz i szef kuchni
Włodek – pilot i kierowca nizinny
Wojtek – kierowca wszechstronny: nizinny, wyżynny oraz górski
Lidka z Bennym oraz Lidia z Peterem, którzy przejechali z nami 1/3 trasy
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • black-velvet.pev.pl
  • Tematy
    Powered by wordpress | Theme: simpletex | © cranberies